niedziela, 12 lipca 2015

Troche o podróżowaniu na rowerach

Podróżowanie z sakwami na rowerze to przede wszystkim nieustanny potok widoków. National Geographic, BBC i Canal+ Travel na raz, w stereo i non stop. Strumień pejzaży, panoram, migawek. Z wiosek i miasteczek, nieustanna transmisja. Super produkcja bez budżetu. Nadprodukcja rzeczywistości której nie da się przetrawić w całości. Ziemia tocząca się pod kołami, pędzące drzewa i ich cienie. Lasy, farmy, domki, kapliczki, uliczki, przystanki i miasteczka. Sklepy, place, hydranty, spożywczaki, piekarnie i wiatr. Domowe kłótnie, radosne spotkania na ulicy, podmostowe całowania, przystankowe wyczekiwania i deszcz. Można jedynie sunąć przez te wszystkie scenerie, patrzeć na kostiumy, chłonąć to życie jak spektakl bez pomysłu ale nie da się tego objąć, powtórzyć, ani zatrzymać. Można za to przez to przejechać, zerknąć i zobaczyć. Resztę podokładać w głowie, dopisać scenariusze albo od razu zapomnieć.

Czym musiało być podróżowanie konno w świecie bez aparatów i telewizji!? Kim był taki podróżnik z ówczesnej Polski który widział powiedzmy Salzburg albo i całe Alpy. Czy był w ogóle w stanie opowiedzieć to co widział? Opisać te miejsca tam gdzie jedzie się trzy tygodnie konno, gdzie jeziora zamknięte zostały strzelistymi skałami a koryta rzek są szerokie na setki metrów ? Ziomkom którzy powiedzmy widzieli tylko płaskie pola za chałupą, albo w najlepszym przypadku słyszeli o zaczarowanej górze Ślęży. Co ci ludzie musieli sobie wyobrażać słuchając takich opowieści.

My jak za dawnych czasów, tyle że na na rowerach, liczymy odległość czasem: 7 dni przez Czechy, dwa tygodnie do Zurichu. Obecnie te dwa wymiary: dystans i czas, zupełnie zostały oddzielone, ale świat musiał być piękny pod ich panowaniem. Miasta oddzielone od siebie wioskami, a pomiędzy tymi osadami były dni i lasy. Postoje i posiłki, noclegi i ogniska. Przestrzenie pełne - zapachów, wiatrów, deszczów i kamieni. Nie można było rozmienić tej przestrzeni na drobne minuty w pustce autobany. Okiem ówczesnego podróżnika nie było Rzymu bez Alp, a Alp powiedzmy bez Salzburga. Kiedyś nie dało się tam z Polski dotrzeć nie pokonując wcześniej przedgórza Alp tam gdzie mniej więcej leży Styer. Ktoś kto wyruszał do Włoch nie mógł nie zobaczyć Dunaju, jak płynie po wielkiej równinie gdzieś jeszcze zanim się zaczną te przedalpejskie pagórki, lub jak przegryza się przez skały za Krems. Nie dało się niepostrzeżenie ominąć winnic na współczesnej granicy Czech i Austrii, zanim w ogóle pomyślało się o przeprawie przez Dunaj. Można było objechać od wschodu pagórki przed Brnem lub falować razem z nimi, ale trzeba było przejechać przez jakieś czeskie pipidówy. Może kiedyś dla kogoś droga do Rzymu w Wrocławia też wiodła przez Zabrodzie i przełęcz Jugowską potem kierowała się na browar Hlinsko i Leżaky. Może ktoś bardziej zapamiętałby z takiej podróży przeprawę przez Dunaj powiedzmy przed Tulln, albo burze nieopodal Bassano del Grappa niż sam cel podróży.

Nadciąga burza na Bassano del Grappa


Ogólnie około 1500 km za nami. Włochy po przełęczy Passo Campo Carlo Magno (Madonna di Campillio). Rozbiliśmy się na południowym zboczu Val di Sol po dosyć męczącym dniu. Dzisiaj zdobyliśmy pierwszą poważną alpejską przełęcz.

W drodze na passo Campo Carlo Magno zbliżamy się do Madonna di Campillio

Włochy pachną iglakami, ziołami, wszystkimi tymi trawami które w tej temperaturze jakby rozpływają się w powietrzu. Domy, place, kościoły, wiadukty wypalone są tu słońcem. Włochy pięknie się starzeją - dojrzewają jak wino, powoli dostojnieją.

Teraz wyraźnie widzę że generalnie polskie miasta trawione są nadmiarem wody. U nas woda: wilgoć czy lód, rozsadza, wypłukuje, butwieje, gnije w ścianach, płotach, dachach. Zniszczenie postępuje szybko i wygląda ponuro. Tu słońce wypala kolory, powoli wysusza, łuszczy drewno. Ściany pozostawione na słońcu wygrzewają się, płowieją - dojrzewają. Architektura pozostawiona sama sobie pięknie się starzeje.

Przez to mam wrażenie że społeczeństwo tu mieszkające też jest antyczne, o wiele bardziej dorosłe, doświadczone. Przez te minione wieki te miasteczka widziały wszytko. Ludzie wynieśli swoje nauki i teraz żyją powoli i razem, czytają gazety przy porannej kawie, dyskutują. Wiem, za bardzo chce w to wierzyć ale nie potrafię się oprzeć tym obrazom które ciągle tu napotykam.

Włochy to kraj cyklistów, pisząc z przesadnym przekąsem, już nie kraj emerytów na elektrycznych rowerkach jak w Austrii, a prawdziwych kolarzy. Włochy, a podobnie wspominam Francję i Hiszpanię, to kraj w którym kolarzy rzeczywiście widać na ulicach. Jeżdżą samotnie i w grupkach, w różnych konfiguracjach: młodzi, starzy, małżeństwa, szkółki kolarskie z trenerami. Śmigają obok nas że aż świszczy, jak wariaci wyprzedzają samochody na serpentynach. Rowery, widać że lekkie, kosmiczne jakieś, pewno drogie. Łydki mają umięśnione - jak z podręcznika anatomii. Zapinają pod górkę w obcisłych strojach, często pozdrawiają a to poważny doping dla takich ubijaczy kapusty jak my.

Fantastyczna ścieżka rowerowa nad rzeką Brenta

Jazda w kanionie rzeki Brenty

Drążona w skałach (stary trakt kolejowy?) ścieżka rowerowa z Sarche do Ponte Arche

Po lewej stronie ścieżka biegnie przy skale!

Przełęcz nieopodal Trento

Trento