poniedziałek, 13 lipca 2015

niedziela, 12 lipca 2015

Troche o podróżowaniu na rowerach

Podróżowanie z sakwami na rowerze to przede wszystkim nieustanny potok widoków. National Geographic, BBC i Canal+ Travel na raz, w stereo i non stop. Strumień pejzaży, panoram, migawek. Z wiosek i miasteczek, nieustanna transmisja. Super produkcja bez budżetu. Nadprodukcja rzeczywistości której nie da się przetrawić w całości. Ziemia tocząca się pod kołami, pędzące drzewa i ich cienie. Lasy, farmy, domki, kapliczki, uliczki, przystanki i miasteczka. Sklepy, place, hydranty, spożywczaki, piekarnie i wiatr. Domowe kłótnie, radosne spotkania na ulicy, podmostowe całowania, przystankowe wyczekiwania i deszcz. Można jedynie sunąć przez te wszystkie scenerie, patrzeć na kostiumy, chłonąć to życie jak spektakl bez pomysłu ale nie da się tego objąć, powtórzyć, ani zatrzymać. Można za to przez to przejechać, zerknąć i zobaczyć. Resztę podokładać w głowie, dopisać scenariusze albo od razu zapomnieć.

Czym musiało być podróżowanie konno w świecie bez aparatów i telewizji!? Kim był taki podróżnik z ówczesnej Polski który widział powiedzmy Salzburg albo i całe Alpy. Czy był w ogóle w stanie opowiedzieć to co widział? Opisać te miejsca tam gdzie jedzie się trzy tygodnie konno, gdzie jeziora zamknięte zostały strzelistymi skałami a koryta rzek są szerokie na setki metrów ? Ziomkom którzy powiedzmy widzieli tylko płaskie pola za chałupą, albo w najlepszym przypadku słyszeli o zaczarowanej górze Ślęży. Co ci ludzie musieli sobie wyobrażać słuchając takich opowieści.

My jak za dawnych czasów, tyle że na na rowerach, liczymy odległość czasem: 7 dni przez Czechy, dwa tygodnie do Zurichu. Obecnie te dwa wymiary: dystans i czas, zupełnie zostały oddzielone, ale świat musiał być piękny pod ich panowaniem. Miasta oddzielone od siebie wioskami, a pomiędzy tymi osadami były dni i lasy. Postoje i posiłki, noclegi i ogniska. Przestrzenie pełne - zapachów, wiatrów, deszczów i kamieni. Nie można było rozmienić tej przestrzeni na drobne minuty w pustce autobany. Okiem ówczesnego podróżnika nie było Rzymu bez Alp, a Alp powiedzmy bez Salzburga. Kiedyś nie dało się tam z Polski dotrzeć nie pokonując wcześniej przedgórza Alp tam gdzie mniej więcej leży Styer. Ktoś kto wyruszał do Włoch nie mógł nie zobaczyć Dunaju, jak płynie po wielkiej równinie gdzieś jeszcze zanim się zaczną te przedalpejskie pagórki, lub jak przegryza się przez skały za Krems. Nie dało się niepostrzeżenie ominąć winnic na współczesnej granicy Czech i Austrii, zanim w ogóle pomyślało się o przeprawie przez Dunaj. Można było objechać od wschodu pagórki przed Brnem lub falować razem z nimi, ale trzeba było przejechać przez jakieś czeskie pipidówy. Może kiedyś dla kogoś droga do Rzymu w Wrocławia też wiodła przez Zabrodzie i przełęcz Jugowską potem kierowała się na browar Hlinsko i Leżaky. Może ktoś bardziej zapamiętałby z takiej podróży przeprawę przez Dunaj powiedzmy przed Tulln, albo burze nieopodal Bassano del Grappa niż sam cel podróży.

Nadciąga burza na Bassano del Grappa


Ogólnie około 1500 km za nami. Włochy po przełęczy Passo Campo Carlo Magno (Madonna di Campillio). Rozbiliśmy się na południowym zboczu Val di Sol po dosyć męczącym dniu. Dzisiaj zdobyliśmy pierwszą poważną alpejską przełęcz.

W drodze na passo Campo Carlo Magno zbliżamy się do Madonna di Campillio

Włochy pachną iglakami, ziołami, wszystkimi tymi trawami które w tej temperaturze jakby rozpływają się w powietrzu. Domy, place, kościoły, wiadukty wypalone są tu słońcem. Włochy pięknie się starzeją - dojrzewają jak wino, powoli dostojnieją.

Teraz wyraźnie widzę że generalnie polskie miasta trawione są nadmiarem wody. U nas woda: wilgoć czy lód, rozsadza, wypłukuje, butwieje, gnije w ścianach, płotach, dachach. Zniszczenie postępuje szybko i wygląda ponuro. Tu słońce wypala kolory, powoli wysusza, łuszczy drewno. Ściany pozostawione na słońcu wygrzewają się, płowieją - dojrzewają. Architektura pozostawiona sama sobie pięknie się starzeje.

Przez to mam wrażenie że społeczeństwo tu mieszkające też jest antyczne, o wiele bardziej dorosłe, doświadczone. Przez te minione wieki te miasteczka widziały wszytko. Ludzie wynieśli swoje nauki i teraz żyją powoli i razem, czytają gazety przy porannej kawie, dyskutują. Wiem, za bardzo chce w to wierzyć ale nie potrafię się oprzeć tym obrazom które ciągle tu napotykam.

Włochy to kraj cyklistów, pisząc z przesadnym przekąsem, już nie kraj emerytów na elektrycznych rowerkach jak w Austrii, a prawdziwych kolarzy. Włochy, a podobnie wspominam Francję i Hiszpanię, to kraj w którym kolarzy rzeczywiście widać na ulicach. Jeżdżą samotnie i w grupkach, w różnych konfiguracjach: młodzi, starzy, małżeństwa, szkółki kolarskie z trenerami. Śmigają obok nas że aż świszczy, jak wariaci wyprzedzają samochody na serpentynach. Rowery, widać że lekkie, kosmiczne jakieś, pewno drogie. Łydki mają umięśnione - jak z podręcznika anatomii. Zapinają pod górkę w obcisłych strojach, często pozdrawiają a to poważny doping dla takich ubijaczy kapusty jak my.

Fantastyczna ścieżka rowerowa nad rzeką Brenta

Jazda w kanionie rzeki Brenty

Drążona w skałach (stary trakt kolejowy?) ścieżka rowerowa z Sarche do Ponte Arche

Po lewej stronie ścieżka biegnie przy skale!

Przełęcz nieopodal Trento

Trento

poniedziałek, 6 lipca 2015

Marsure

Kolejny dzień upałów, tych o których będzie się mówiło: te upały z początku lipca dwa tysiące piętnastego.

Powietrze - wilgotność i temperatura, zapachy przypominają mi Tajlandię, architektura wiejskich zagród Gruzję, drogi trochę Turcję, parterowe domki wyglądają jak w Ameryce, starówki miasteczek jak w Hiszpanii, winnice i folwarki z kamienia, z tymi okiennicami jak na południu Francji, pola dzielone miedzami wyglądają jak te w Polsce. Choć pewnie powinno się powiedzieć że jest na odwrót i inne miejsca tylko mniej lub bardziej mogą przypominać odwieczną Italię. Włochy. Nie ma już tego napięcia żeby było miło, żeby alles klar, nie musi być fantastish bo jest dobrze, już jest. Pomyślałem sobie że my witając się “Dzień dobry” raczej życzymy sobie dobrego dnia. Włosi zaś stwierdzają fakt - tak to brzmi. Tak, Włochy to kraj stworzony do tego żeby go idealizować. Te kilka dni pozwalają rozpłynąć się w pejzażu, odurzyć się zapachem i oglądać Włochów, jak w skansenie, z tym ich pięknym życiem w kafejkach i na targach. Jak zjeżdżaliśmy z Alp miałem wrażenie że każdy kadr byłby dobry na kręcenie filmu. Miło będzie dalej się oszukiwać i zabrać wspomnienie czegoś idealnego, wiecznego.


https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686

https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686

https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686

Nie jedziemy dalej w te niziny. W te upalne płaszczyzny gdzie nawet Włosi tracą wigor. Zapada decyzja żeby wrócić w Alpy gdzie chłodniej i piękniej.

https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686

sobota, 4 lipca 2015

Riscoi

Riscoi ca. 69km. Można studiować i wertować mapy. Gruntownie planować trasę - czytać opisy szlaków rowerowych na necie. Gdybym to zrobił przed naszą wyprawą, przeczytałbym że w dół od Traviso do Udine leci się po czymś co w Hiszpanii nazywano Via Verde - czyli po szlakach rowerowych częściowo wytyczonych na starych traktach kolejowych.

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6


Dziś oznaczało to dla nas zjazd wzdłuż doliny po niewielkim nachyleniu po adaptowanej ścieżce rowerowej. Tunele na przemian z wiaduktami w dół, ciągle w dół, przez jakieś 30 km. 30 stopni słońca, w dół, w chłód tuneli, trochę przy skalistym zboczu, z widokiem na antyczną wioseczkę w dole, dalej wiadukt i kolejny tunel. Ciągle w dół. Obok starych stacji kolejowych przerobionych na kawiarnie, w dół obok strumienia, nad strumieniem, pod autostradą, nad autostradą, w dół. W ogromnej alpejskiej dolinie z widokiem na osuszone koryto drążącej ją rzeki. Gdzieniegdzie siedzieli włosi pod parasolami, na tym kamienistym dnie, na ręcznikach i przenośnych fotelikach, przy wąskiej strużce zimnej wody. Jest taki fragment za Treviso - warto, tu jazda rowerem staje się jeszcze przyjemniejsza. Nie ma samochodów, nie można zabłądzić i w dół, w słońce - wakacje na wakacjach.

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6



Miejsce dzisiejszego noclegu znaleźliśmy dość niespodziewanie w dość wymarzonej postaci. Szerokie zakole górskiego potoku wgryzającego się w białe skały. Wszytko otoczone stromymi skalistymi ścianami gór. Rozbiliśmy się obok kamperowców. Wytaplaliśmy się w stosunkowo ciepłym strumieniu. Teraz szum potoku, świerszcze, ciepło upalnego dnia uchodzące gdzieś do nieba, vino bianco, udziec, oliwki. To nasz pierwszy nocleg we Włoszech. Obawialiśmy się że będzie trudno coś znaleźć, że będą nas przeganiać na płatne kempingi a trafiliśmy to jedno z najprzyjemniejszych miejsc w jakich kiedykolwiek nocowaliśmy.

https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686


Dzisiaj jak zrobiło się za gorąco to wskakiwaliśmy do potoku. Nie wiem jak rozpoznawać temperaturę strumienia nie włażąc do niego. Może istnieje jakaś prosta metoda. Przyznaje że po kolorze się nie da. W końcu w jednym potoku można się wylegiwać a innych nie da się utrzymać zanurzonej stopy.

https://goo.gl/photos/B8ibgv1pnBCx8X686


Arnoldstein - poranek

1km. Podróżowanie rowerem to trochę rezygnacja z domowych udogodnień: bieżącej wody, elektryczności, wygodnego spania itp itd. W zamian wchodzi się w bliski kontakt ze strumieniami, deszczem, ciepłem słonecznym, trawą czy błotem. Są też momenty niespodziewanych lub planowanych powrotów do miejskiej infrastruktury np.: śniadanie na brudnych ławkach stacji OBB(PKP) w Stayer. My kultywujemy zwyczaj picia porannej małej czarnej w przydrożnych kawiarenkach. Bywa z tym różnie ale dziś jest bardzo miło. Z do końca niejasnych przyczyn miasteczko zrobiło na nas dobre wrażenie. Miesza sie tu niemiecki i włoski język.  Kafejka jest pełna od poranku, słońce miło grzeje. Można się cieszyć codziennością (jak się wydaje) tych ludzi i trochę w tym uczestniczyć. To wszytko jako przerwa w podróży, powrót z zimnego lasu w mokrych sandałach i przemoczonym namiotem na bagażniku jest przyjemnym kontrapunktem w planie dnia. A dziś w planie przełęcz, Traviso słowem wjazd do słonecznej Italii. Ma być 35 stopni.

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

piątek, 3 lipca 2015

Arnoldstein

Arnoldstein. 80km. Wieczorem burze, ale już nas nie dotyczą. Śpimy u austryjako-włocha w jego ogrodowym domku. Po tym jak nieopodal walnął piorun wszyscy zamarliśmy. Chwile później zaprosił nas właśnie do tego domku. Jest lodówka Amica z alkoholem do wzięcia. Dzisiaj karimatę rozłożę na miękkim dywanie a nie kamieniach i szyszkach - komfort.  Wczeszniej jeszcze jadąc wzdłuż rzeki Drau do Villach widok jej meandrów oraz zboczy gór po drugiej stronie przypomniał mi pewne miejsce w Tajladnii. Podobnie skojarzenia stale rzucają pamięć razy w zupełnie zaskakujące miejsca w Turcji, Gruzji czy Polsce. Niewątpliwie jest to jedna z wielu zalet podróżowania rowerem. Z tego wspomnianego miejsca w Tajlandii ruszyłem pamięcią do przodu i przypomniałem sobie że nocą tamtego dnia odbywało się nieopodal nas kontrolowane lub nie wypalanie: łąk, lasów, dżungli - wszystkiego. Oddychaliśmy tym dymem rozłożeni z namiotem w dolinie strumienia w jakimś parku narodowym i co chwila wychylaliśmy się obserwować czerwoną łunę na wzgórzu i czy ktoś w okolicy jeszcze się kręci - czy raczej już się zwijać. Teraz zaś Austria, pusta flaszka Putigamera - czas spać.

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

czwartek, 2 lipca 2015

Austria

Trzeci tydzień podróży. 1000 km za nami, Austria. Jutro podjazd pod Bad Gastain. Późno, słońce oświetla jedynie wyższe partie gór. Zaraz zniknie. 30 C w ciągu dnia. Teraz - zmęczenie. Rozbici na dziko na jakimś prywatnym polu. Siedzę na łące z połową widoku na jedną z setek alpejskich dolin, szumi potok. Drugą połowę widoku przesłania górka ziemi za którą się trochę kryjemy z naszymi rowerami i namiotem. Teraz jeszcze posiedzimy bo o siódmej iść spać to trochę za wcześnie. Niemniej wpadliśmy już w ten rowerowy rytm wczesnego wstawania i kładzenia się spać o zmroku.



Austriacki porządek zachwyca ale równocześnie wzbudza jakiś niepokój, jest nienaturalny. Miasteczkowa architektura, to pedantyczne zagospodarowanie przestrzeni ostatecznie się nudzi. Przypomniałem sobie że Czechach lubiłem zaglądać do ogródków. Patrzeć na te ich rdzewiejące Skody na trawnikach, krasnale, plastikowe zwierzęta, budy. Tutaj już nie kukam za kolejne przystrzyżone żywopłociki, pomalowane sztachetki żeby dojrzeć tą kolejną lustrzaną ogrodową kule ustawioną na kolumience na przyciętym trawniku.

Natura tu za to robi robotę: ciemne lasy na ścianach gór, przestrzeń, myszołowy, błękitne jeziora, poranne mgiełki, wieczorne burze i te turkusowe potoki co wyglądają jak ciekły lód. Jedynie trochę mniej jest nieba, ale nie szkodzi.

Czujemy się tu też jak Polak w Niemczech. Pisze tak choć wiem że Austriak by się na to oburzył bo mają silne te swoje poczucie przynależności narodowej. W ogóle ten nacjonalizm w krajach zachodnich jest intensywny - stwierdzam. Tak więc, odnaleźliśmy się w strukturze innych zwyczajów. Od codziennych drobnostek typu: powitanie Grüß Gott czy amerykański uśmiech ekspedientki w Spar-rze, po niedzielne parady myśliwych i strażaków w skórzanych spodniach na msze w plenerze. Z czasem pogłębiło się nasze poczucie dystansu. Teraz wystarczy drobne spojrzenie, lub gorzej, brak Grüß Gott i już wiadomo że coś jest nie tak. Czuliśmy to gotując owsianki na ławeczkach we wsiach, rozbijając namioty na dziko po polach i lasach. Tak niewiele wystarczy z ich strony żebyśmy poczuli się nieswojo. Jesteśmy wyczuleni albo przeczuleni na tym punkcie. W końcu jednak nie wiadomo czy łamiemy prawo z tą owsianką, butlą gazową na ławce czy nie. Potem na rowerze po głowie chodzą te sytuacje. A te, jak to w głowie, historie potrafią mutować, błyskawicznie uogólniają w jakąś hiper narodową narracje, hände hoch i tak dalej. Czasem jednak, zazwyczaj gdy już uprzątniemy garnki, kuchenkę, obierki i inne klamoty, gdy tylko grzecznie spożywamy posiłek na ławce życzą nam smacznego że o szczęść Boże nie wspomnę. To też inaczej niż w powściągliwej Polsce ale wiadomo - miło. I tak tu zwykle miło i przyjemnie jest, ale nie do wiary, w zawiasach.


https://goo.gl/photos/p5VCMpNVbWXeHNQw8 

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6



Czasem słońce, czasem deszcz

34 km. 1145. Ciepło. Wczoraj wieczorem złapała nas ulewa. Zanim znaleźliśmy nocleg zrobiło się burzowo. Waliły pioruny, lało. Walczyliśmy z przeciekającą podłogą namiotu wykładając folie, jakieś worki na śmieci. Rozpaczliwe dbanie o jakiś tam wypoczynek. 14 godzin później pijemy kawę we wioskowej kafejce. Na krzesłach w słońcu rozwiesiliśmy zmokłe śpiwory. Upał. Chowamy się w cieniu. Relaks. Kawę sprzedaje osiemdziesięcioletnia staruszka. Bimbają dzwony kościółka. Poza nim we wioseczce są jeszcze ze dwa gasthofy, w sumie siedem kamieniczek. Pachnie obornikiem. To kabriolet przejedzie drogą to traktor. Nic w zasadzie się nie dzieje - południowa nuda w bogatym kraju.

https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6


https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6


https://goo.gl/photos/uTag4YkuFQ981RWV6

środa, 1 lipca 2015

Austria - przedalpie

Turaj kilka zdjec z odcinka austriackiego - mniej wiecej Tulln - Salzburg https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/Austria. Odcinek o tyle fajny ze mozna sobie wybierac miedzy malymi pagorkami (np. winiarnie ) a wyzszymi gorami tuz przed alpami. My wilismy po tych nizszych. A fragment ten przejechalismy z Olgą i Pawłem :)

https://goo.gl/photos/p5VCMpNVbWXeHNQw8

https://goo.gl/photos/p5VCMpNVbWXeHNQw8

https://goo.gl/photos/p5VCMpNVbWXeHNQw8


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Start

Wyjeżdżając poza Wrocław czułem się jakbym działał wbrew zasadom, prawie łamał prawo, bo kto teraz jeździ na 1,5 miesięczne wakacje? Zacząłem pedałować przez Wrocław z niedowierzaniem że to już że się właśnie udaje - jakbym uciekał na wagary. Faktem jest że kasę odłożyliśmy na wyjazd, mamy to szczęście że mamy czas, a mimo wszytko mentalnie uchylałem się od obowiązków. Chore ?

W takiej podróży, podobnie jak przy wchodzeniu na górę czy przy starcie samolotem - zwykły świat szybko staje się trochę abstrakcyjnym bytem gdzieś tam daleko. Drugiego dnia, po tym jak nabraliśmy już tego odpowiedniego dystansu widzimy osobnych ludzi jak osobne galaktyki zanurzone w swoich kosmosach: gość odczytujący stan gazomierza na ulicy do kogoś przez telefon, dziewczyna opowiada koleżankom jak jej nowy brat będzie miał na imię, ktoś tam wymiata miotłom pajęczyny w działkowej altance czy facet w samochodzie na parkingu dygujący orkiestrą z radia. Tempo podróży rowerowej pozwala anonimowo ocierać się o te sytuacje. Ludzie są blisko i jednocześnie daleko.




Kierunek typowo Polski - zachód.

Plan jest. Mapy ściągam. Start: jutro :)

środa, 30 października 2013

sobota, 2 marca 2013

Fin

Wrócilismy po plażowaniu w Prachuap do Bangkoku. Jutro ogarnie nas szał pakowania w te ruskie torby i kartony. Od południa bedziemy sie tarabanic na lotnisko. Dzisiaj o 1840 miejski wyswietlacz pokazywał 39C - z chęcią przemarzne gdzieś na przystanku PKSu...

https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/PrachuapBangkokFin




wtorek, 26 lutego 2013

Jedzenie tajów

To chyba ta gałąź kultury ktora jest najbardziej odporna na zachodnie wpływy. Jedzenie jest wszędzie, bardzo tanio i na ostro.
Łączy się tu ze sobą smaki które u nas sa nie parowalne. Słodki naleśnik z budyniem waniliowym, rodzynkami z... ketchupem czy majonezem, wędzone słodkie oblaty.
Dużo sie smarzy na głębokim oleju. Pomijając już robaki i skorpiony wszelkie potrawy makaronowe czy ryżowe przyżądzane są na krótko przed podaniem w wysokiej temperaturze oleju. Prawie zawsze więc jest świeżo i teoretycznie bez bakteryjnie. Dostępne są smażone lody w panierce!
Dużo jest też grilli. Zrobione najczęściej z przepołowioinej beczki metalowej, dymią już od samego rana pomiędzy innymi stoiskami. Griluje sie mieso, kiełbasy i morskie stwory. Wieprzowine czesto nadziewaja na cienki patyczek i sprzedaja w forme takich grilowych lizaków. Czasem ratowalismy sie wlasnie taka wędzona wieprzowiną z rana. Do tego woreczek klejacego się ryżu i to już dobrze imitowało śniadanie.
Niemniej właśnie poranne posiłki, zwłaszcza na trasie bywały problematyczne, zwłaszcza w muzumanskiej cześci tajlandii. Garkuchnie na południu z symbolem półksiężyca nauczylismy sie omijac. Zwykle stoi tam kilka garnków z ostrymi potrawami mięsnymi/rybnymi czasem już ostygłymi. Wybór potraw spory ale nic nam tam nie podchodzilo. Pojęcie o śniadaniu zachodnim, serwowanym w turystycznych miejscach, to liche 2 tosty z dżemem. Przywyklismy wiec do zupy makaronowej podawanej w wielu miejscach rano: wywar rosołowy na mięsie lub rybie(o smaku esencji zupki chińskiej) makaron ryżowy do wyboru ( gruby, cienki, niteczki, żółty) szczypiorek, grilowany czosnek, gotowane mięso (krojone, mielone, meat balle) plus czasem jakieś dziwne dodadki ktorych źródeł nawet nie da się domyśleć. Inni rowerzyści ratuja sie rano jogurtami i musli z siedem-eleven.
Od południa zwykle udaje sie znaleźć jakies miejsce z pad thai: smażony makaron ryżowy w sosie ostrygowym z krojona marchewką, szczypiorek (chyba), małe kukurydze, mieso do wyboru, kiełki bambusa, kapusta i jeszcze jakaś inna zielenina, czasem posypane smarzonymi zmielonymi orzeszkami arachodowymi, sezamem albo nerkowcami. Kosztuje to 3-4 zł!
Poza obcymi smakami zaskakuje forma np. te grilowe lizaki mięsne, gałki lodów wkładane do białej pszennej bułki, smarzone ciasto w długich paskach które w oleju skreca sie i w efekcie wygląda jak wężowy kłębek.

https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/RanongPrachuapKhiriKhan


środa, 20 lutego 2013

Takua Pa - Bang Ben

3 dni kuracji po zatruciu pokarmowy Moniki zatrzymału nas w Takua Pa. Na koniec zaniekojeni sytuacją wybraliśmy sie nawet do szpitala. Pani doktor uspokoiła nas ze nie jest to zadna choroba tropikalna. Cała wizyta zamknęła sie w półtorej godziny - minimum papierologi. Zskoczyli nas mili pielegniarze - Monika nawet przejechała sie wózkiem inwalidzkim! Ale z tego co widzielismy obsługa szpitala wzgledem lokalsów zachowywała sie też tak jakoś uprzejmie...

Wczoraj przeskoczylismy stopem 120km na polnoc tak ze z pedalowania zostalo nam tylko 10 do miejsca postoju. Tu gdzie teraz jestesmy trafiaja przeważnie rowerzyści - jest to ośrodek z dala od main streamu turystycznego. Plaże puste - nie ma barow, leżakow itp. Czasem przechadza sie stado bawołów. Na drugiej plaży w okolicy cumuja rybacy. Jest jeszcze trzecia plaża ale pojechalismy na nią w czas odpływu i prawie wody nie dojrzelismy...

Uswiadomilismy tez sobie wczoraj, patrzac na żerujace wolno bawoły, ze od tygodni nie widzielismy łąk. Podobnie było z chlebem jak szukalismy czegoś lekko strawnego dla Moniki...

https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/BangBen



niedziela, 17 lutego 2013

Pang Nga



Plusem wycieczki byli niewątpliwie hiszpanie - sama ich obecność i gadanie :) Tajski jest jak jęczenie no i zupełnie go nie rozumiemy - sprawa oczywista. Angielski sie już dawno opatrzył, a hiszpański ciagle bawi :) 4 hiszpanow w łódce to jak dwa radia na raz. Kolejna atrakcją były te wyspy cośmy je płyneli oglądać. Coś co może nie wynika bezpośrednio z filmu Jamesa Bonda jest to ze te gory nie wystepuja tylko na morzu i że wrzynają sie najpierw w delte rzeki i inne bagna a potem wgłąb lądu. Dlatego taka miejscowość jak Phang Nga jak i wiele wiosek ktore mijalismy przedwczoraj po drodze jest położonych w wąwozach płaskich ścian skalnych o wysokości 200 m - rewelacja.

Dwa dni temu po czterech dniach plażowania wyżyłowaliśmy nasz rekord dniowy na 90 km. To również za sprawą sprzyjającej temperatury, było tak zimno że nawet nam sie woda w bidonach nie zagotowała... Dzisiaj jednak nie daliśmy rady, a wzasadzie Monika coś złapała narazie nie wiemy czy to jedzenie czy te upały i chillujemy sie w hotelu w Takua Pa. Chcielismy zorganizowac wizyte lekarza przez ubezpieczalnie. Axa już jest na tropie i po godzinie zadzwonili z pytaniem czy ta miejescowość to dzielnica Bangkoku... zobaczymy co bedzie dalej ale już sie boje ze bedą wydzwaniali po nocy zaskoczeni różnica czasu... Tak czy inaczej jedna z atrakcji dnia dzisiejszego którą Monika bedzie źle wspominała była jazda na stopa. Znowu truckiem, tym razem przez zawiłą górską droge z głośnym disco. Ja sie tylko zastanawiałem czy brak wyobraźni kierowcy to różnica kulturowa czy zwykła głupota. Rowery na całe szczęście omijają szerokim łukiem...

https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/PhangNga

sobota, 16 lutego 2013

Ao Nang

Czasem bywa tak że wydaje sie że jedynymi problemami są zatkana rurka grubo zmielonym lodem w owocowym shakeu czy za ciepła woda w morzu. Niemniej jako że wyprawa jest rowerowa czesto zdarzają się inne problemy np. ze do miejsca noclegu dojeżdżamy wieczorem i jest krucho z miejscem do spania. Było tak właśnie na Ko Lancie dosłownie wszystkie hotele, guest housy, bambusowe chatki były zupełnie zajęte. Trwa high season a że teren atrakcyjny obrodziło turystami. Dla nas przyjazd po 18 oznaczał brak miejsc. Z blogów inych rowerzystów przeczytalismy ze można wbijać na posterunki policji. Tak też zrobilismy, a Monika nie dała szans funkcjonariuszowi mówiąc że potrzebujemy safe place to sleep ze zmęczeniem i zarazem determinacją w oczach. Spaliśmy więc przy posterunku, a policjanci w środku ogladali Lewandowskiego ganiajajacego za piłką. Oni chłodzili sie klimatyzacja a my po dniu pedałowania przykleilismy sie do karimat i próbowaliśmy zasnąć. Podobnie jest teraz. Znowu siedzimy w namiocie, tym razem na kampingu i oszukujemy sie już ogrzanym Changiem (lokalnym najlepszym i okropnym piwiem).

Zdjęcia

środa, 13 lutego 2013

Ko Lanta - wakacje

Plaża, morze, plaża... Juz nie tak bardzo rowerowo :)

Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/KoLanta


niedziela, 10 lutego 2013

Samo południe

Po dotarciu na południe okało się że istnieją temiejsca w Tajlandi ktore znalismy jedynie z folderow biur turystycznych. Palmy, turkusowe morze, skaliste wyspy, złote plaże - szał. Wiele wrażen w pierwsze dni wakacji, a to też za sprawą Jeana, Belga który tu się instaluje na emeryture. Załatwił nam wyprawe z rybakiem po okolicznych wyspach. Z ciekawostek byla plaża wewnątrz wyspy do ktorej dotrzeć mozna jedynie korytarzami, jaskiniami wpław. Jean jest tu juz 6 miesięcy i zyje sobie jak rybak. Z tego co złowi jest sobie w stanie zwrócić koszta paliwa więc mówi ze nie wie jak dają rade życ tutejsi rybacy. Wynajmuje dom za 900 zł/mc ale można i za 100-200 zł...ceny są tym bardziej zaskakujące jeśli za wynajem minimum Tajowie za noc biorą 35 zł. Z innych mrożących krew w żyłach opowieści jest historia z kobrą w kuchni ktora weszła kanalizacją do kuchni Jeana i ktorą to eksterminował łopatą.

Południe: https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/MaiFat

Bangkok : https://picasaweb.google.com/101107795227668578851/Bangkok2