niedziela, 9 maja 2010
niedziela, 24 maja 2009
Turk 2 - rajch
Ostatnie cztery dni smarzymy sie na tureckich drogach. O 7 zaczynasie robic zarko wiec trzeba zwijac namiot z plazy. Przed wyjazdemwypijamy czaj z gospodarzem i robi sie 9 czyli upal. I tak od loda dopiwa, od morza do obiadu snujemy sie po rozgrzanym tureckim asfalcie.W miastach troche jak w rajchu, mnostwo sklepow,towaru pelno i to tegodobrego zachodniego, nestle, nesuick, milka, dove. Pamietam ze wyerewaniu poczulem sie bezpiecznie i prazytulnie tylko spogladajac naszyldy h&m i united colors of benetton. Ale tam w gruzji i armeni tocofnelismy sie do czasow sowieckich, a teraz to wyjechalismy zpowrotem do bogatego zachodu. Tylko to nawolywanie mlezzinow nadalprzypomina ze jestesmy jeszcze dlako od domu... Podoba mi sie zemozna tu sie czuc bezpiecznie, ze mozna przyjsc z plazy do stacjibenzynowej po wode mineralna nie bojac sie ze ktos ukradnie recznik...Bo w batumi to zamki, kludki, rydle i oczy dookola glowy. No ok totyle z tych wspominek, mlezzin musi swoje wymeczyc a ja nie bede naprzekur temu krzykowi lamal glowy zeby cos jeszcze wydukac.Dobranoc.eeeeeejjjuuuuuuuaaaaaaaeeeejjjeeeuuuu.
Zakoncze moze bardziej politycznie, przedstawiajac poglady naszegogospodarza z hospitalityclub w Batumi. Byly kapitan, emigrant,rekrutuje gruzinow do pracy na statkach. Do turcji wrocic nie morze bonie odsluzyl 15 miesiecy w wojsku. Zyje w gruzji ale nie lubi tegokraju ani tych ludzi. Dlaczego? Bo sa nacjonalistami, maja w glowieidee wielkiej gruzji. Maja swoj jedyny do niczego nie podobny jezyk ialfabet. Przez lata sowiecke jednak nauczyli sie nie pracowac. Terazoczekiwali ze unia europejskaim pomorze ale nie pomogla. Wiecodwracaja sie z powrotem do rosji. Ale tam tez im nikt nie pomoze.Jedyne nad czym kombinuja to jak zarobic zeby sie nie narobic. Za 100$kazdy z nich sprzedla by wlasna matke. Wszytko co sie buduje w batumiposiadaja turkowie. Nawet turkowie pwykupili tu ziemie zatrudniligruzinow i sprzedaja warzywa gruzinom. Co to za narod ktory niepotrafi sam sie utrzymac? Wiekszosc produktow importuja z turcji. Gdydolar zmienil swa wartosc o 40% gruzinski lar nie drgnol. Znaczy tusie nic nie produkuje nie wymienia. Oni tylko licza na to ze ktos impomorze. Sami nie chca kiwnac palcem.a Saakaszwili to koles z CIA.USAgo tu postawilo bo chac tu miec swoje bazy, nic wiecej.
czwartek, 14 maja 2009
Hipoterapia w Armenii
sobota, 9 maja 2009
ახალციხე - Akhalkce
Do komnaty wszedl dzielnicowy ze swoja swita. Grubasek, mial na policzku pieprzyka, dwoch takich w kurtkach moro, dziewczyna i tlumacz w kamizelce. Grupe wyruznial podzial rul, socjalistyczna hierarchia waznosci. Gdy nas spisywali, co mile, dla naszego bezpieczenstwa, poczulem sie troche jak poboczna postac w powiesci dostojewskiego czy gogola. Policjant mogl wychodzac w deszcz zamienic sie w kota albo tej kobiecie mogl odpasc nos. Wszytko dzieje sie w deczcu, chlodzie i polswietle. Kierowcy siedza w szynkach na ulicach gasnie swiatlo. Na szczescie jestemsy w tym garazu.
Spa 2
poniedziałek, 4 maja 2009
Aragatzavan
Wieczorem zaprosil nas do mieszkania pewien gospodarz.
Kuszajcie pazalsta. Lawasz czyli chleb jak placek, ser owczy, aprikosy w zalewie i dzem z ogromnymi kawalkami owocow.No to pokuszali. Do kolacji towazyszyly nam sasiadki z dziecmi. Pozniej przyszedl jeszcze sasiad z wodka i winem. Dawajcie popijom. Za wstriecza, za was za nas, za ten dom, za wasze zdarowie ! Kira, gospodyni, pomiedzy jednym a drugim dostawiala na stol ogorki kiszone, chleb, kielbasy, cukierki ciasteczka. Zapodalem nasz wspanialy toast "za wasze zdrowie", ale sasiad i gospodarz chyba oczekiwali dluzszej wypowiedzi, no coz.. chlup. Butelkowy nalal wina do ogorkow - niczewo, niczewo! Wsio haraszo. Dawajcie. Nie wiem kiedy pojawila sie goraca ryba z ziemniakami. i kak to gospodyni przyzadzila na jednym palniku? Za was, za wasze zdarowie, za ten stol. Sasiadki z dziecmi poszly, my juz zasypiamy ale dzielnie nie zamykamy oczow choc pewnikiem kolyszemy sie juz na kanapie. A gdzie wy choczecie spac? Na dworie w palatku choladna znaczyt w noczy moroz. Za mir co by byl spokojny! Ja wam pokaze moja komnate gdzie wy mozecie spac. U mnie trzy komnaty puste. Kazda w innym kolorze. Rozowa, zielona i niebieska. W kazdej posciel na lozku odpowiada kolorowi scian i zaslon. Za wstriecza! No to jeszcze ostatni i mozecie isc spac. Bach!
Jutro zarzne dla was barana jak tylko zostaniecie – no to zostali…
środa, 29 kwietnia 2009
Przydrozne bistro
Zjechalismy dosc pozno i w kiepskiej pogodzie do gorskiej miejscowosci. Monika i Laila dojechaly tam szybciej samochodem. Szybko wbilismy do miejscowego bistro na dough-ash. Dough (wymawia sie jak dug z tym holenderskim gardlowym g) jest to kwasne mleko wymieszane z woda mineralna, zaskakujaco dobra kompozycja i nie zawsze trzeba zagryzac weglem. Ash to smaczna gesta zupa. Dough-ash to miks obu cieczy - rownie dobry. W sklepiku pewien jegomosc zaprosil nas do siebie do domu. Z radoscia przyjelismy zaprosdzenie bo robilo sie ciemno i bylo zimno, a przydrozne wioski iranskie jakos tak wieczorem wygladaja upiornie. Zawiozl nas samochodem do innej wioski z dala od drogi glownej. Z reszta nigdy tej wioski nie zobaczylismy bo gory ciagle byly przykryte chmurami. Gorskie strome podworko otoczone szarym pustakowym murem. Przed wejsciem do domu trzeba kamieniem odpedzic psa i juz mozna zdejmowac buty przed dywanem na schodach. pokierowal nas ow pan do, widocznie, pokoju goscinnego. Prowadzilo do niego osobne wejscie, pewnie byla to dobudowka. Dwa filary posrodku jak i wszytkie sciany w stanie surowym oswietlaly zwisajace na drutach gole zarowki. Podlogi wyscielono jednak dywanami i to chyba najwazniejsze. Wszytkie miekkie, czyste - nowe lub super zadbane. Spiesznie gospodarze wniesli lampo-pieco-grzejniki naftowe. W tej gorskiej wioseczce nie ma gazu a wiec 62 mieszkajace tu rodziny radza sobie transportujac nafte. Chwile pozniej wnasza juz czaj. W pokoju pojawia sie wyperfumowany syn, chwilowo zagluszajac naftowa zawiesine. Corki chowaja sie przede mna i Behzadem w drugiej czesci domu. Zona gospodarza donosi ciepla herbate po kilka razy. Chyba chodzi o to zeby pic ja goraca, bo wymieniaja pol pelne szklanki. Jest tez w Iranie tak ze nie jest zadnym fopa polozyc sie ot tak na dywanie i zasnac. Mialem juz ogromna na to ochode kiedy rozlozono w pokoju najwieksze sofre jakie w zyciu widzialem. Sofre to cerata rozkladana na dywanie. Szybko na rozstawionych talerzach usypano kupki ryzu. Do tego dostawiono duze porcje kurczakowe. Po takiej uczcie milo bylo zasnac na pospiesznie doniesionych materacach. I takie to kolejne przyjecie przypodkowo spotkanego pana w przydroznym bistro. Trzeba rowniez przyznac ze przyzwyczailismy sie troche do tej procedury...
Dzisiaj spimy na pogotowiu, znaczy tu nas ugoscili. Calkiem wygodnie siedzi sie przy biurku dyzurnego. Pod reka mam koran, obok stoi mala flaga iranu, zszywac i markery. Po lewej worek kostek cukru, na scianie Chomeini i szachidzi. Po zatym ksiazki zeszyty - papiery.
piątek, 24 kwietnia 2009
Spa
Jak wlozylem sobie okulary do kieszeni mojego kangurka, to mi sie szkla porysowaly. A szkoda bo widoki swietne a warunki coraz trudniejsze. Znaczy mielismy dzisiaj okazje popedalowac w dosc chyba wysokich gorach i niedogodnych warunkach bo w chmurach widocznosc spadala do 15 m... A chmury przeciagaly sie dzis dosc nisko po grzbietach tych lysych gor. Jak rano wyjezdzalismy to jeszcze dosc wialo, temp. Ok 7 C i do tego gorka taka ze bez chamowania bicykl sam sie kulal 45km/h takze w palce u rak zima. Znaczy dalo by sie wytoczyc opowiesc ala wilk morski o tym ze zimnoi deszcz, ze mgla inic nie widac, ze psy przydrozne i ze prawie przegryzly opony, ze strome gory i slisko, ale moze lepiej jak opowiem cos o spa do ktorego dzisiaj z tymi wielkimi trudami dotarlismy.
Spa - znaczy dojechalismy dzis do goracych zrodel. Do kompleksu basenowego prowadzila wydeptana w blocie sciezka wokol muru. Znaczy do meskiej czesci. Przy kasie znajdowal sie sklepik ze wszytkim czego mozna zapomniec w takim miejscu, znaczy gumowe klapki, szampony mydla, reczniki dezodoranty itd. Wejsciowka na baseny kosztowala na osobe cale 30 gr. Blotnista sciezka weszla razem z klientami przez kasy do przebieralni. Przebieralnia, garderoba czy szatnia skladala sie z pustych szafek w ktorych nikt nic nie zostawial, a dzwiczki niekturych schowkow wisialy na jednym zawiasie. Na baseny przechodzilo sie przez przejscie z basenikiem do plukania stop. Jednak ani w baseniku nie bylo wody, ani niktnie przechodzil przez niego boso. W rezultacie blotniska sciezynka prowadzila rowniez tedy. W trzecim pomieszczeniu znajdowaly sie baseny z ciepla woda. Tu tez przy krawedzi basenu blotko zanikalo pod ciekna warstwa ociekajacej wody. Geste kleby pary co jakis czas rozwiewal wiatr wdzierajacy sie przez dach - znaczy przez jego brak. W tan czas latwiej bylo dostrzec rozmokle twarze kapiacych sie tam persow. Ze scian wokol zchodzi stara emalia, czesc damska oddziela azbestowy plot z plyty falistej na 4 metrowej scianie, mury wokol kruszeja. W damskiej czesci nie ma dwuch dwoch basenow z ciepla i goraca woda ktore widze przed soba. W kazdym z nich plawi sie okolo 10 facetow. Czesc znich zanuzonych po szyje sapie z ciepla, inni siedzac na krawedzi ochlapuja sie tylko, pozostali myja wlosy lub siebie. Po szybkim prysznicu dolaczamy z Behzadaem do mokrej ekipy. Woda w dotyku sliska. Moze od tych soli moze troche od tego mydla, ale kto to wie. Postanawiam nie zanuzac glowy. Szybko jednak jestem i tak ochalpany przes wskakujacych chlopakow. Woda jest goraca ze az zapiera dech w piersiach, teraz wiem skad to sapanie. Sprawdzam rowniez drugi basenik z chodniejsza woda. Mocze sie dopuki nie robi mi sie przyjemnie slabo. Pod prysznicem zagaduje mnie jakis dziadek zebym mu wacka pokazal - a myslalem ze to jakies mega tabu tutaj, bo tutaj w tej lazni jakos nikt nago sie nie pokazuje. Generalnie jakby caly ten przybytek porownac do podobnego miejsca w polsce to chyba tylko woda jest taka sama, po za tym cale otoczenie jest w standardzie bliskowschodnim.
I tak po kebabie w pobliskiej restauracyjne-palarni-szisz, leze na karimacie w zimnym wynajetym pokoju przy tlacym sie grzejniku naftowym spusujac wspomnienia dnia dzisiejszego. Nie chce przy tym wszytkim nie wspomniec o milym sniadaniu w u jednej z rodzin w gorkiej wiosce. Dostalismy na sniadanie chleb mleko, jajka i oczywiscie czaj.
czwartek, 16 kwietnia 2009
Zielono
piątek, 10 kwietnia 2009
otobus
Siadamy osobno w swoich kategoriach, a ja proszę wspoltowarzyszy pasazerow zeby mi ktorys powiedzial kiedy mam wysiasc, kiedy bedzie tardzykistan station. Znajduje sie taki jeden z pociagla glowa co mi powie – siadam obok niego. Nawet sie nie zapelnilo do konca a juz ruszamy. Czekam chwile czy pociagla glowa nie chce spytac skad jestem i ile mam lat. Widac nie chce wiec, zakladam na uszy walkmana. Kierowca nie meczy disla ikarusa bo otobus sam toczy sie w dol. Mijamy dwuch kolesi co sie szarpia. Blyszczace wystamy smigaja za oknami .Sklepy z telewizorami. Jakis parowoz na ekranie sony bravii, po drugiej stronie wystawa samsungow. Ktos z pobocza wlancza sie do ruchu – nasz kierowca gazuje. Za oknem przesowaja sie stojace na wystawie mercedesy. Czy to pies spal w rogu tego salonu ? Kierowca hamuje - swiatla. Poboczna uliczke przechodzi kobieta za swoim mezczyzna – moze to ta co dzis w muzeum zakladala swojemu mezowi pantofle. Kierowca puszcza hamulec, wyprzedzamy ta pare, podskakujemy na progu, przejezdzamy pod niebieskim przejsciem dla pieszych. Slucham iranskiego pop/disco i rozgladam sie po autobusie. Po prawej dwuch schludnych kolesi z teczkami na kolanach. Stop. Przystanek i jakis dziadek z duzymi workami wtarabania sie na poklad. Zjezdzamy dalej, na poludnie, w dol po mokrej drodze po tym deszczu ktory chyba juz nie pada. W szybie krople i palgajace refleksy wystaw. Znowu sony, znowu auta i zyrandole na wystawach. Ludzie machaja na poboczu. Hamulec i stop. Chwilowe zamieszanie - ktos wsiada, ktos wysiada. Jakas czerwona reklama odbija sie w brudnej szybie.Mysle sobie dobrze ze przynajmniej nie smierdzi moczem jak ostatnio i ze wogle to juz tu normalnie ze juz sie do tego przyzwyczilem. I nawet pisac o chedzabach i mantach to jakos tak nie pasuje bo tu za oknami normalne zycie sie toczy. I zeby Iran przedstawic trzeba by najpierw opowiedziec o wszytkim co tu zwyczaje i naturalne jak w Polsce. Ze rano ustawiaja sie kolejki po chleb, ze dzieci maszeruja do szkoly, ze dorosli wysiaduja godziny pozamykani w biurach, ze w telewizji seriale, ze wlasnie ci ludzie w tyma utobusie z tymi teczkami siedza normalni i zmeczeni. Potem dopiero wypadalo by wspominac o wszystkich istotniejszych roznicach. Ogolnie jednak to zwyczajnie jak kazdym autobusie w kazdym miescie na swiecie ktos przede mna zaczesuje sobie wlosy. Wszedzie moze sie zdarzyc ze pasarzer przede mna pedzie sobie bezskutecznie przesowal wlosy z bokow na lysiejacy srodek glowy. Na palcu blyszczy gruby srebrny sygnet a nadgarstek opasa spory srebrny zegarek. Niestety ani luksusowy zegarek ani sygnet nie zamaskuja deficytu wlosowego. Wiem to ja i wie to koles siedzacy na lewo od zaczesujacego sie kolesia. Ten z kolei wygodnie rozsiadl sie na skayowym siedzeniu z bialymi blyszczacymi sluchawkami w uszach i jest cool. Nie interesuje go lysina sasiada, nie zajmuja go te problemy. Jest w autobusie ale slucha muzyki wiec jest i tu i gdzies tam gdzie gra muzyka. Przystanek. Stop. Wsiada dziadek co bedzie zagadywal kierowce i zaslanial mi widok na ulice z przodu. Ruszamy dalej na dol na poludnie. Mnie sie juz disco/ pop iranski skonczyl, teraz balkanskie rytmy. Tez pasuja to tego miasta co widze za szybami. Czerwone swiatlo. Hamulce – stop. Samochody z prawej wbijaja na glowna ulice jeszcze kilka sekund po zmianie swiatla dopuki nasz autobus nie wryje sie na skrzyzowanie. Gaz. Toczymy siew dol. Blyszczace wystawy kinkietow i zyrandoli, po drugiej stronie cukierki, obok koktajle. Samochody ciagle przepychaja sie w rytmie balkanskim, jak we wloszech wszytko na styk. Motory za to czasem rozlupywane jak orzechy wloskie jesli jest juz za bardzona styk. Nawet nie zauwazylem a po prawej siedza juz inni kolesie, tez eleganccy z tym ze jeden z reklamowka, gdyby nie to to moglbym ich pomylic z tym co siedzieli tam w czesniej. Na pierwszym sierdzeniu, przed dziadkiem co wlazl z tobolami, siedzi koles w pomaranczowawym polarku. Nie widze dokladnie bo ciemno juz i te swiatla ciagle blyskaja. Widze tylko ten polarek potylice i uszy. Ale wiem ze jego wzrok siega poza ta brudna szybe ktora ma przed oczami i poza ten brudny chodnik na ktory mimowolnie spoglada. Stop - czerowne swiatlo, klaksony, przepychanie i ruszamy dalej w dol na poludnie. Pomaronczowy polar dalej nieruchomo spoglada przez okno. Pewno sie zamyslil. Ale nad czym? Moze zmeczony po pracy sam nie wie o czym mysli. Ciekawe. Mnie sie balkanska muzyka juz skonczyla i teraz Play Mobi. Przed chwila przegralem u znajomych na mp3 playera – spoko. Skrecamy na wschod potem znowu w dol na poludnie. Na wystawach panele, mijamy sklepy z wykladzinami. Zaraz potem znowu kilka sklepow z panelami i dywanikami lazienkowymi. Krzesla, na pietrze restauracja, kierowca dodaje gazu. Teraz to pedzimy w dol. Oby zadna kobieta w czarnym mancie nie przechodzila przez droge. Diesel milknie, zwalniamy na swiatlach. Wokol dalej sklepy z panelami podlogowymi i wykladzinami. Potem coraz wiecej mebli. Widze katem oka ze pociagla glowa patrzy na mnie. Nie reaguje, wole muzyke Mobiego. Jedziemy dalej w dol a on dalej patrzy. Wyciaga z pod nog parasol i pokazuje na palcach „jeszcze dwa przystanki” . Przystanek stop. Po chwili jakis halas, kobieta krzyczy. Zasnela i teraz wybiega w pospiechu na ulice z czteroma wypchanymi reklamowkami. Jedziemy dalej. Mysle sobie ze ten Moby to swietnie pasuje do atmosfery autobusu, bo wszyscy tacy smetni i zaspani. Disco pop i balkanski chalas bardziej pasuje do okolicznosci poza autobusowych. Pociagla glowa pokazuje palcem nasz przystanek – wysiadamy.
czwartek, 9 kwietnia 2009
Czwartek
poniedziałek, 30 marca 2009
sprawozdanie z objazdu...
Autobusem przejezdzamy postynno-gorsko-stepowy odcinek do Shirazu i tam zostajemy przez 3 dni w domu dosc ortodoksyjnego chlpaka studenta. Znaczy cala rodzina zyje dosc tradycyjnie i poboznie dlatego tutaj najbardziej odczuwamy islamskosc tego kraju. Trafilo nam sie tam byc w Nowruz (nowy rok) czyli wczasie rodzinnego spotkania. Z synem gospodarza mielismy okazje podyskutowac na temat roznic w naszych religiach. Mysle ze oburzalo go w katolicyzmie to ze ksieza nie moga sie zenic i nie pracuja jak zwykli ludzie. Nam z kolei tlumaczyl ze hadzab jest dobry dla kobiet i ze jesli bysmy przeczytali pare madrych ksiazek to zrozumielibysmy dlaczego. Porownal zloto do kobiet, znaczy chodzilo o to ze jesli czegos miej to bardziej cenne. Czyli jesli mniej widac kobiety to jest ona bardziej cenna dla meczyzn. Znaczy mial w glowie duzo takich regulek ktore mysle, dosc bezkrytycznie przyjmowal, przez co moglismy odczuc jak naucza sie tu prostych ludzi. Nocowalismy tez w Shirazie jedna noc w mieszkaniu studenckim, znaczy jeden lokator byl studentem prawa i pracowal nocami jako takzowkarz. Drugi koles byl w sluzbe wojskowej - 18 bezzwrotnych miesiecy z zycia ktore oddaja w sluzbie panstwa. Smiali sie pokazujac na wszyte na mundurze etykietki jednostki i imienia zolnieza: "Tu jest napisane kto traci czas, a tu jest napisane gdzie on ten czas marnuje." Poza tym w Shirazie odwiedzilismy mauzolea Sadiego i Hafeza, 2 z 4 wielkich pisarzy Perskich oraz Persepolis.
W Busher, zatoki zdecydowalismy sie nocowac w namiotach razem z Nourozowymi turystami. Udalo nam sie spotkac na przytanku autobusowym o 5 rano pare (znaczy maluzenstwo) z Tehranu z ktorymi spedzilismy nastepne 1,5 dnia. Nad morze dotarlismy przed switem. Udalo nam sie zakupic swierzy chelb i spozyc sniadanie przy wschodzie slonca - dobry patent miod ze smiatana na kanapke. Na obiad udalo nam sie uzmarzyc swierze ryby z bazaru na mini ruszcie z aluminiowej kratki i kamieni. Kolacja tez byla recznie robiona takze w sumie polowe dnia spedzilismy na przygotowywanie posilkow. Pozostaly czas spozytkowalismy na kapieli, smiganiu na rybackiej motorowce, spaniu i puszczaniu latawca. Kolejnego dnia rozstalismy sie z Teheranczykami i pojechalismy do Kangan. Tam znowu rozbilismy namioty w Nowruzowym terenie zageszczonym turystami. Zostalismy tam zaproszeni na obiad do sasiednich namiotow, czesto ludzie podchodzli i zagadywali takze milo spedzilismy tam czas. Monika schlodzila sie calym ubraniu kapiac sie w zatoce - na wybrzezu jest juz goraco. W Bandar Abbas bylo jeszcze cieplej - tam dotarlismy nastepnego dnia.
W 6 godzin odpoczelismy przed nastepna 24 godzinna podroza autobusem na polnoc kraju.
Teraz pisze z Mashadu, siedzimy u hospitality clubowego hosta juz od chyba 3 dni. Przedluzamy wize na nastepne 30 dni, zwiedzamy okolice i odwiedzmy znajomych w Mashadzie. Spotykamy tu wiele osob ktore sa dobrze zorientowane dobrze w sytacji polityczno spoleczniej wiec czujemy tu sie bardzo zachodnio. Ale o tym moze kiedy indziej...
sobota, 28 marca 2009
نوروز - Nowruz
Następnego dnia, w "sylwesra", zaczynaja się rodzinne odwiedziny. Zwyczajowo odwiedzaja krewnych i znajomych przez następne dwa tygodnie. Rozpoczyna się równierz wielka tułaczka po atrakcjach turystycznych i kurortach wypoczynkowych. Pod kasami ustawiaja się kolejki po droższe w tych dniach bilety, na ulice wychodzą handlarze latawców,recytatorzy wierszów czy żebracy. Rozpoczyna się nieustanne filmowane wszytskiego i wszytkich, ustawianie do zdjęć i wchodzenie w kadr. Dzieci rozpoczynające dziś dwu tygodniowe wakacje, wyrywają się rodzicom, plączą pod nogami, wyrywają kwiatki i moczą buty w sadzawkach. Ziwdzanie zabytków, parków i pałaców umila słodka muzyka, zapach kwitnących kwiatów lub deser faludże, czyli lody makaronowe (ochyda:) ).
Nadchodzaca zmiana roku wywołuje ekscytacje członków rodziny u której mieszkamy. Dwunasta wybija w tym roku o 13:15. Zamiast fajerwerków jest wspólna rodzinna modlitwa. Na tą chwile wszyscy zbieraja się w salonie gdzie jest rozłożony Haft-sin. Ojciec rodziny prowadzi modlitwe a raszta przytakuje czy potwierdza jakimiś słowami. Dalej rodzina sklada sobie zyczenia i wysluchuje oredzia przywodcy duchowego Chameiniego który pokazal sie w TV. Ojciec wysluchuje rowniez z uwagą przesłanie noworoczne pana prezydenta. My zaś zjadamy pomarańcze z haft sinu o i zyczymy wszytkim szczesliwego nowego roku. Kolejne dni Nowruzu spedzamy z Iranczykami w podrozy po wioskach wzdluz zatoki Perskiej.
W parkach, podworkach szkolnych, na chodnikach i rondach jest gesto od namiotow. Rano wiekszosc z nich jest zwijana i do godzinn popoludniowych jest w miare pusto. Wieczorem nowi lokatorzy okupuja co dogodnmiejsze miejsca. Obok namiotu rodziny czesto rozkladaja swoje dywany i tam przygotowuja obiady na butlach gazowych. W sasiednich namiotach czesto rezyduja krewni, tak ze moga wspolnie spozywac ryby w ryzu czy kebaby kurczakowe itp. W ciagu dnia dzieci rozrabiaja na placach zabaw, jezdza na rolkach, rowerach, gonia sie po parkach. Rodzice w ten czas zmywaja naczynia w pobliskich lazniach meczetowych czy szkolnych (gdzieniegdzie miasto rozstawilo beczki woda). Potem jest czas na integracje z sasiedztwem przy szklaneczce czaju. W tym czasie mozna juz zaczac zwiedzanie turystycznych atrakcji w okolicy lub kompiele w zatoce. Mozna tez kupic badbadak (latawiec) od dracego sie, na przekor szumowi morza, obwoznego handlarza. Lubie patrzec jak ojcowie instruujac dzieci jak poprawnie operowac latawcami, w swym zaaferowaniu wyrywaja dziecia szpulki i jak w hipnotycznym transie wracajac do swych dzieciecych lat wpatruja sie kolorowe sylwetki swoich skrzydlatych zabawek niesionych wiatrem wolnosci i szczescia promienieja z radosci w blasku cudownego slonca.. podczas gdy niezauwazone dziecie niemal zanoszace sie placzem szarpia ich nogawki. Do poznych godzin nocnych trwa odpoczynek: wysiadywanie przy namiotach, spacerowanie po plazy czy biwakowanie na trawie. Wszytko to w bliskiej obecnosci setek turystow, wsrod okrzykow handlarzy, dymu ognisk i spalin samochodowych i turlajaych sie smieci. Znaczy nie tak do konca ralaksujaco.
czwartek, 26 marca 2009
blogger
Wysylam posty mailami. a wiec nowe zdjecia: picasaweb.google.com/radoslaw.winkler/Esfahan?feat=directlink
Im bardziej na wschód...
tv
środa, 18 marca 2009
کاشان - Kashan
Wracajac do Kaszanu, dzieki zyczliwosci miejscowych udalo nam sie zwiedzic dosc duza czesc okolicznych zabytkow bo poza ww. udalismy sie rowniez do wioski Abyaneh oraz na pustynie i slone jezioro. Znaczy z iranczykami to jest tak ze w ramach swojej goscinnosci dokladnie opracowuja plan wycieczek turystycznych swoich gosci i nie pozwalaja aby jakikolwiek atrakcyjny widok uciekł sprzed ich 10 mega pikselowych matryc. Dziwi wiec brak szelestu flashow japonskich turystow w tak turystycznych miejscach. Mozna sie jednak spodziewac iz inne powody maja tu znaczenie rozstrzygajace... Tak wiec Kashan bedziemy kojarzyc z bardzo uporzadkowanym planem dnia i precyzyjnym jego wykonaniem. Wczoraj udalo nam sie wyrwac chwile spontanicznosci i nie wziazc sugerowanej taksowki lecz zalapac sie na stopa.
Mloda zona, rownie mlodego kierowcy obchodzila wowczas swoje urodziny. Po drodze zatrzymalismy sie w takim skalistym wawozie z odrobina plaskiego terenu i trawy na dnie w celu celebracji urodzin. Obok innych piknikowiczow rozlozyli oni -mlode maluzenstow (wg. Moniki para wiec nie wiadomo) kocyk i szisze (po persku to inaczej na to mowia) . Mlody kierowca przyczail sie z tortem niespodzianka i ze sztucznym ogniem na swoja malzonke. My cala te sytacje poczytalimy za atrakcje turystyczna wiec skonczylo sie kolejnym naswietlaniu naszych wielo mega pikselowych matryc. Z kolei to mlada pare popchnelo do nagrywania filmow naszego wykonania 'sto lat' , na co mu odpowiedzielismy zkomasowanym atakiem z dubeltowki naszych obiektywow dajacych nam sile nagrywania przeciwnika rowna 17 mega pikselom w filmie i fotografi symultanicznie...
Apropo goscinnosci perskiej to sposobów jej wyrażania jest wiele. Bylismy goszczeni przez kilka dni w dosc małym mieszkani młodego małżenstwa. W tym czasie sponsorowali nam oni wszytkie posiłki, zachcianki typu ciasteczka na miescie, mapy iranu czy upominki dla przyjaciół nie wspominajac o taksowkach, metrze czy autobusach. Nie dotyczy to wyłacznie naszych gospodarzy. Przypatrujac sie pracy piekarzy z ulicznego chodnika zostalismy zaproszeni do srodka oraz obdarowali plackiem chleba. Przechodnie na ulicy widzac jak wytrzeszczamy oczy na widok ogromnych plackow chleba roznież nas czestowali. Często zdarza się że osoba z tłumu podchodzi i pyta czy nie potrzebujemy pomocy i nie ma to żadnego podtekstu bakszysz. W Kaszan bylismy podworzeni w pod points of interests i przeworzeni do rodzicow gospodarza na wszytkie posiłki w tym czasie. Dostaliśmy rownież w tym okresie osobne mieszkanie w centrum miasta. Irańczycy doskonale orientują się we wszystkim co warto zobaczyc w okolicy i usilnie tam prowadzą. Czasem jednak w swej goscinnosci przekraczali naszą granice suwerenności. Kontrolujac co pół godziny nasze położenie i stan wykonania zwiedzania. W kafejce internetowej Mohammad kontrolowal przez pół godziny stan naszego wykonania zadania: pisanie maili. Na szczesci się znudzil i dał nam pół godziny sam na sam z monitorem, po czym wrocił i kontynuował...